O chwili chwały

Ćwiczyła na długo przed imprezą, mniej więcej od września. Rano, po południu i wieczorem. Raczej w tej samej tonacji, co nie ułatwiało postronnym prowadzenia normalnego życia. Jako laik mogę się jedynie domyślać, że chodziło jej o doprowadzenie zaplanowej wersji pieśni do poziomu masterXfactor, choć jak dla mnie mogłaby poprzestać na porankach do początku października. I tak byłoby rewelacyjnie.

W dniu imprezy śpiewała od bladego świtu, zamilkła dopiero w samochodzie, w drodze na przyjęcie. Bynajmniej nie z powodu tremy; była tak podekscytowana, że ledwie mogła wysiedzieć w foteliku. Wszak to ten dzień, ten wielce zapowiadany od półtora miesiąca moment - urodziny jej Albiego, co za emocje! Przewidywaliśmy, że jej 'Happy birthday' przebije Marylin Monroe, hymn Edyty Górniak i wszystkie hity Golców w jednym. Taka była szczęśliwa.

Kiedy po półtoragodzinnym szaleństwie na dmuchanym zamku, gonieniu balonów i objadaniu się urodzinowym fast foodem impreza zaczęła chylić się ku upadkowi końcowi, lekko zdziwieni skonstatowaliśmy, że te babeczki wręczane we wszystkie małe, lepkie ręce, to chyba zamiast tortu były, i że dziwnie tak jakoś, bo nawet nikt nie zaintonował pieśni głównej. A ponieważ nie lubimy być tymi, którzy trochę bez sensu przedłużają gospodarzom kulturalne pozbywanie się ociągających się z wyjściem gości, postanowiliśmy opuścić imprezę pierwsi. Piętnaście minut przed zaznaczonym na zaproszeniu czasem. To taki angielski zwyczaj - impreza od-do. (To dlatego na drugich urodzinach Fruzi, mniej więcej w trzeciej godzinie imprezy, Sąsiadka oznajmiła radośnie, że skoro nie określiliśmy się jednoznacznie, nikt nie zamierza opuszczać przyjęcia. Choć ja obstawiam, że to nie z powodu braku od-do na zaproszeniach, a z powodu dyskretnej obecności napoju bogów plączącego się po kątach sali.) Podeszłam do mamy Albiego.
- Chcielibyśmy się pożegnać, bo mała jest już zmęczona i podziękować za za...
- Nie poczekacie na tort? - weszła mi w słowo Jen.
Ups.
Nie ma to jak wyczucie czasu i lokalnych obrzędów.
- Poczekamy, oczywiście, że poczekamy - odparłam uprzejmie.
Spojrzeniem zawróciłam Inżyniera i Fruzię sprzed drzwi.
- Twoja wielka chwila chwały, Tasmanie - szepnął jej w ucho Inżynier, podnosząc małą do góry.
Ktoś nieśmiało zaczął śpiewać. Na torcie zapłonęła świeczka.
- Happy birthday to you... - popłynęło w sali.
Oczy Fruzi w jednej chwili zrobiły się okrągłe. Myśleliśmy, że zaraz usłyszymy jej natchniony wokal, a tymczasem Fruzia ani myślała dołączać do chóru.
- No dalej, mała, przecież to twój Albie! - zachęcał Inżynier.
Tasman zdawał się być w innym świecie. Nie wiemy dokładnie, w jakim, być może gdzieś tam obok zdmuchującego świeczkę Albiego, ale wyglądała jakby ktoś zamienił ją w posąg. Gapiła się jak zahipnotyzowana na tort i świeczkę, aż otworzyła buzię z wrażenia i tak trwała i trwała aż umilkły ostatnie takty uroczystej pieśni. Albie wyszeptał życzenie i wszyscy zaczęli wiwatować.

Popatrzyłam na Inżyniera.
To po to przez dwa miesiące dzielnie znosiliśmy tę samą linię melodyczną od świtu do nocy? Po to właśnie?
Mąż Mój nie dał rady stłumić parsknięcia.
A Fruzia...

Odblokowało ją dokładnie w tej samej chwili, kiedy zamknęły się za nami drzwi.
- Happy birthday to you! - wrzasnęła gromko na pustym horytarzu. - Happy birthday to you!

Ratunkuuuu, tylko nie to!

O zmęczeniu

Wiesz, że jesteś zmęczony, kiedy:

a) bierzesz rano prysznic i w trakcie kąpieli zdajesz sobie sprawę, że kompletnie nie pamiętasz, czy to, co właśnie spłukujesz sobie z włosów to był szampon, odżywka, coś jeszcze innego, czy może... woda?

b) zbierasz ubrania z podłogi (Team Fruzia & Daddy) z zamiarem wrzucenia ich do kosza na brudną bieliznę, ale ostatecznie wrzucasz je z rozpędu do kibla *

c) chcesz zrobić herbatę, ale zamiast wlać wrzątek do kubka, wlewasz go do cukiernicy.

Listopad w pełnej krasie.

* przynajmniej ich nie spłukałam...

Piąta Fruzi Pielgrzymka do Ojczyzny

- Mummy, daddy, p(l)ane!
Pisk na pół hali odlotów. Nos przyklejony do wielkiej szyby, za którą Ryanair szykuje się do kolejnej powietrznej wyprawy.
- A do kogo lecisz?
- Babi!
Dziecięce podskoki i uśmiech od ucha do ucha.
Taniec radości.

Podczas gdy cały świat jednym głosem grzmi o zagrożeniach płynących z nadmiernego korzystania z dobrodziejstw współczesnej technologii, my, niczym rodzina z mocno rozwojoną jaźnią, z jednej strony odliczamy Fruzi minuty spędzone na oglądaniu piosenek w komórce, a z drugiej namacalnie wręcz widzimy, gdzie aktualnie byśmy byli bez tejże wyklętej z ambony technologii. W studni rozpaczy byśmy byli. Lub innej czarnej d...ziurze.
- Dzięki Bogu za skype'a - mantruje Mamuśka.
Czasem wznosi przy tym oczy do nieba, a czasem wypiskuje te swoje hymny pochwalne na cześć Internetu, wtórując skaczącej wesoło Fruzi, która doskonale, dos-ko-na-le zna swoich dziadków, pomimo kilometrów i braku spotkań przy niedzielnym obiedzie. Zna ich tak dobrze, że na lotnisku pędzi na oślep przed siebie, kiedy słyszy, że ''o, zobacz, Baba i Siasia już czekają", a potem do klatki w Rodzinnym Town, byle szybciej to swoje "hello, Babi!" wykrzyczeć jeszcze na parterze. I na wiadukcie, przekrzykując ptaki i pociągi, kiedy po smutnej minie na do widzenia jeszcze raz, zaskoczona i szczęśliwa, ponownie widzi Babcię na peronie.

Dzięki temu, że oni prawie codziennie u nas, a my u nich, niby tylko dwuwymiarowo, a jednak jakby wielo-, na tym etapie nikt nie dziwi się przez tydzień, że taka ona duża, nikt nie odczuwa uwierającej obcości, nie potrzebuje się oswajać ani uczyć drugiego człowieka jakby od nowa. Znają się, więc radość bez końca przy powitaniach i niemal łzy małego człowieka przy pożegnaniu.

Pierwszy raz to u niej widzieliśmy. Ten wymalowany na jasnej buzi wyraźny znak, że jeszcze nie, ona wcale nie ma ochoty nigdzie od dziadków wyjeżdżać, i że jak babciu będziesz robić taką smutną minę, to i ja się zaraz rozpłaczę, o, popatrz, broda już mi się trzęsie...

(...)

Jednym zgrabnym ruchem małego ciała wślizgnęła się na fotel Dziadka Dyrektora, ten, na który nikt inny oprócz niego  nie siada, a jeśli już mu się zdarzy pod dyrektorską nieobecność, to gdy wróci Dyrektor, będzie musiał go opuścić. To taka niepisana zasada, bo nikt nikogo nie wyrzuca, nie wygania, nie marszczy brwi, a jednak to się wie. No dobrze, raz czy dwa zostałam kulturalnie poproszona o przemieszczenie się, próbowałam walczyć, stawiać opór, ale nikt z rodziny mnie nie wsparł, sam Ojczulo zaś (nad)używał jedynie łagodnej perswazji, więc skapitulowałam. Fruzia tymczasem postanowiła nie respektować żadnych pisanych i niepisanych umów i na fotelu nie tylko pozostać, ale również mieć ten tupet, aby na jego oczach triumfować zwycięstwo.

Wszystkich Dziadek Dyrektor wytrenował w kwestii fotela, Fruzi nawet nie próbował.

I wyobraźcie sobie, że czuję się z tym dziwnie. Zupełnie nie wiem, czy to dobrze, że Fruzia postanowiła wziąć się za bary z tym jawnym, fotelowym patriarchatem, czy raczej źle, że tak bezdusznie burzy starannie tkaną sieć rodzinnych tradycji, swoisty symbol (szlachecki?) istniejący w niej od pokoleń lat.

(...)

Uporządkowała Babci Mamuśce biżuterię. A mówiąc dokładniej - kilka pudeł z biżuterią. Wyglądała jak na targach sztuki ludowej skrzyżowanych z pokazem najnowszej kolekcji Svarowskiego. Nie jestem pewna, czy po naszym wyjeździe Mamuśce udało się ponownie skompletować cokolwiek. Przezornie nie pytałam.

(...)

Drugiemu Dziadkowi zaśpiewała 'Happy Birthday' i tym razem była to właściwa piosenka wykonana o właściwym czasie i we właściwym miejscu. Może jedynie liczba napędzanych przez samą artystkę bisów mogła wydać się lekko niepokojąca, ale tylko tym, którzy nie słyszeli Fruzi w zwykły, powszedni dzień.

27 powtórek to naprawdę nie jest szczyt jej możliwości.

(...)

Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to na poważnie obraziła się raptem 3-4 razy. A i to nie bez ważnego powodu. Raz nie chciała się ubrać, za drugim razem jeść, za trzecim pójść spać, a za czwartym chciała jeść, ale tylko cukierki. Sami, państwo, rozumiecie. Nie pozostało jej nic innego jak tylko rzucić się na z góry upatrzoną pozycję twarzą do dołu i odczynić swą powinność.
- Żydowskie kucki - zawyrokowała Mamuśka, która z wyraźną fascynacją obserwowała tak dobrze jej znany spektakl, tym razem w wersji 3D.
Parsknęłam.
- Co??
- Kucki - powtórzyła. - Żydowskie. No nie widzisz?

Mamuśka na długo osłodziła mi frustrację wynikającą z patrzenia na frustrację Fruzi.

(...)

Wychodzimy z marketu i od razu wpadam w objęcia Kota. Gadamy chwilę, umawiamy się na widzenie, po czym rozchodzimy się w swoje strony. Wieczorem Kocur opowiada, że kiedy się rozstałyśmy, ona i Buńka natychmiast zaczęły się śmiać z braku czapki u Fruzi.
- A ty wiesz, że ja od razu pomyślałam, że  ty pomyślisz o tej czapce?

Kocurze, aby ukoić twoje matczyne serce, spieszę donieść, że od tamtej wizyty w kraju Fruzia codziennie nosi czapkę.

I to nie tylko dlatego, że przed chwilą skończyła pierwszy w życiu antybiotyk. ;-)

(...)

Z Lilką długo badały się wzrokiem, zanim postanowiły się polubić. Z Emilką zaklikało od progu i mogliśmy wszyscy spędzić dwa październikowe dni nad Bałtykiem. Wiało nieziemsko, ale przezorna Mamuśka zaopatrzyła Tasmana w komin i czapkę, nikomu więc nie oberwało uszu ani kudłów. Dziewczyny upatrzyły sobie sięgające ziemi rolety do zabawy w chowanego, Fruzia chowała się również w szafie i kazała sobie śpiewać 'Sleeping Bunnies'. Poza tym nic się w tej kwestii nie zmieniło - to dziecko jest stworzone do podróżowania, wędrowania po lotniskach, poznawania nowych miejsc i spania gdzie popadnie.

Oczywiście pod warunkiem, że ma ochotę spać.

(...)

Mogłabym mieszkać w Sopocie. A na pewno chciałabym wrócić do Naszego Miasta. Tęsknię za nim chyba bardziej niż za Rodzinnym Town. Poza tym ostatnim, chyba tylko w Naszym Mieście tak naprawdę czułam, że to moje miejsce. I pomyśleć, że kiedy 17 lat temu zjawiłam się tam, żeby złożyć dokumenty do tamtejszego koledżu, to miasto było brzydsze niż noc listopadowa. Obecnie jest piękne, niech się schowa Kraków i Praga.

A może to ja patrzę na nie zupełnie inaczej niż 17 lat temu.

O tym, że nadchodzą, czyli zdaje się, że wróciliśmy

Poważne rozmowy.

Zmywam naczynia. Do kuchni wkracza Fruzia z rysunkiem najnowszej produkcji. Na białej kartce pysznią się granatowe kółka, jedno na drugim. Choć może 'kółka' to niekoniecznie to, co udało się osiągnąć Tasmanowi, niemniej jednak przypomina to kółka.
- O, jak pięknie! - chwalę dziecię.
Chwalę za każdym razem, bo Fruzia dopiero niedawno naprawdę odkryła rysowanie i usiłuję podtrzymać w niej zapał. Sami rozumiecie - dziecko rysujące to dziecko skupione = matka ma trzy minuty dla siebie.
- Baby - oświadcza Fruzia.
- Oł-kej - mówię, gdyż nie wiem, co powiedzieć.
(Trochę jak tu: "dzwonię do ciebie, bo nie mogę rozmawiać.")
Tasman podciąga do góry koszulkę, klepie się po brzuchu i powtarza:
- Mummy, baby.
Gorączkowo nadstawiam uszu. Czy to naprawdę już?
- Tak, kochanie? Baby w brzuszku?
Fuzia przytakuje, szczęśliwa, że załapałam, o co chodzi.
Mała dłoń wędruje w kierunku mojego brzucha.
- Baby.

Tak, to już.

- Mama nie ma dzidziusia, ale ty kiedyś byłaś w innym brzuchu, wiesz? - mówię. - A potem przyjechałaś do nas, adoptowaliśmy cię i mama z tatą oszaleli z radości, pamiętasz?
- Yeś - Fruzia radośnie potakuje, po czym pędzi do swoich spraw.

A ja wciąż nie wiem, czy te kółka to miał być jej brzuch, baby, czy może artystyczne ujęcie tematu sprowadzania dzieci na świat.

Nie dopuszczam do siebie myśli, że to była aluzja do rozmiarów mojej osobistej ochronnej oponki.

O tym, co mnie rusza

Mamuśka mówi, że ma łzy pod skórką, bo wzrusza się łatwo i często. Ja jestem typem przeżywacza nomen omen od środka. Kiedy coś mnie porusza, przeżywam i przeżuwam, ale niekoniecznie płaczę. Częściej ryczę ze złości i żalu niż wzruszenia.

A jednak są słowa i obrazy, które zapadają we mnie natychmiast i na długo, a dodatkowo wywołują nagłe pogorszenie wzroku i zamglenie obrazu. Bardzo to niekomfortowe uczucie, bardzo. Szczególnie jeśli próbuje się jednocześnie zrobić trzy rzeczy: 1. obejrzeć do końca film, 2. nie wybuchnąć spazmatycznym płaczem w obecności innych oglądaczy, 3. NIE wyobrażać sobie Fruzi na miejscu głównego bohatera. Albo: 1. obejrzeć program do końca, 2. nie wybuchnąć spazmatycznym płaczem w obecności męża słuchającego programu znad gara z gotującym się rosołem, 3. nie ignorować Fruzi, po raz trzydziesty trzeci usiłującej powiedzieć ci coś bardzo ważnego (czyli to, co zawsze: 'mummy, (ch)oć!')

Te obrazy za mną chodzą. Wciąż.

"Lion. Droga do domu" (2016) reż. Garth Davis

Pierwszy raz usłyszałam o tym filmie od mojego ucznia. W trakcie próbnego egzaminu ze speakingu wylosował pytanie o film, który poleciłby innym. Tak mnie zaintrygował swoją opowieścią, że - co rzadko mi się zdarza, bo pamięć do tytułów mam beznadziejną - natychmiast zakodowałam ją w głowie. Kilka tygodni później obejrzeliśmy film z Wielką Szwagierką i Tym Właściwym podczas ich wizyty w Krainie Deszczu, a ja spędziłam ten wieczór pod kocem, rozsypana na tysiące drobnych kawałków.

Saroo, główny bohater (w tej roli rewelacyjni Sunny Pawar i Dev Patel), to pięcioletni chłopiec, który gubi się na ulicach Kalkuty i desperacko próbuje odnaleźć drogę do domu, ale błądzi tak bardzo, że wreszcie trafia do przytułku. Na swój sposób okazuje się jednak szczęściarzem, ponieważ  wkrótce znajduje nową rodzinę, australijskie małżeństwo, dla których Saroo będzie pierwszym dzieckiem. Nowi rodzice kochają go szaleńczo, chłopiec wyrasta na mądrego mężczyznę, próbuje ułożyć sobie życie, ale... No właśnie. Tych kilka wspomnień o dawnym życiu tak bardzo nie daje mu spokoju, że chłopak wyrusza na poszukiwanie swych biologicznych korzeni.

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak silna jest ludzka potrzeba wiedzy o własnym pochodzeniu? Albo co zrobilibyście, wychowując się w kochającej rodzinie ze świadomością, że mieliście kiedyś inną, najlepszą na świecie mamę? Myśleliście kiedyś o tym, jak długo czekalibyście na powrót dziecka? Na ile lat starczyłoby wam wiary i nadziei? Albo co czulibyście, gdyby wasze dziecko śniło o swojej pierwszej mamie?

"Lion. Droga do domu" to film o stracie, o rozstaniach i powrotach, o miłości i o adopcji też, ale przede wszystkim to film o poszukiwaniu własnej tożsamości. Polecam go każdemu, kto wciąż wątpi, że adoptowanemu dziecku należy się prawda o jego korzeniach (więcej o tym, dlaczego warto - tutaj: Nasze Bąbelkowo) oraz tym, którzy boją się, co z takiej prawdy może wyniknąć.


"Kobieta na krańcu świata: Pakistan" (sezon 9)

Martyny Wojciechowskiej nie trzeba Wam przedstawiać. Ani jej programu. "Kobietę na krańcu świata" znają chyba wszyscy, ale może nie wszyscy obejrzeli odcinek o kobietach w Pakistanie.

Do głównej bohaterki reportażu, Musarrat Misbah, businesswoman i właścielki prężnie rozwijającego się salonu piękności, przyszła kiedyś 'kobieta bez twarzy'. Oblana przez męża i jego rodzinę kwasem solnym za 'nieposłuszeństwo' zapragnęła odzyskać choćby część siebie. Jak się szybko okazało, po pierwszej ocalonej do salonu zaczęły zgłaszać się kolejne dręczone przez bliskich kobiety.

W Pakistanie kilka tysięcy kobiet rocznie jest oblewanych kwasem solnym i/lub podpalanych. KILKA TYSIĘCY! Dręczycielami są zarówno mężczyźni - najczęściej znudzeni i agresywni mężowie, którzy szukają pretekstu do pozbycia się niewygodnej żony z domu - jak i kobiety, na przykład teściowe. Skatowane ofiary albo już nigdy nie odzyskują pełnej sprawności (np. nie mogą otworzyć oczu) albo po prostu umierają w ogromnych cierpieniach. I oczywiście nikt nic nie wie, bo takich rzeczy nie zgłasza się na policję.

Oprócz próby wyobrażenia sobie, jak straszne musi być przeżycie takiej traumy, dwie rzeczy zapadły mi mocno w pamięć w trakcie oglądania programu. Pierwsza to słowa Martyny, która mocno podkreśla, że to nie religia jest winna temu, co dzieje się w Pakistanie z kobietami, a kultura. A druga to stwierdzenie Musarrat, że właśnie ta kultura zostawia ogromne piętno na człowieku, bo nawet ona, wykształcona, mieszkająca przez jakiś czas w Anglii, a więc tzw. cywilizowanym świecie, też nie potrafiła zgłosić się na policję, kiedy jej były już mąż dopuszczał się wobec niej przemocy. Bardzo mocno to do mnie trafiło, bo czyż nie mamy tendencji do dziwienia się, że regularnie dręczona przez faceta kobieta ukrywa to przed resztą świata? Czy zastanawiamy się, w jakim otoczeniu, w jakiej kulturze wychowano tę kobietę? Jak słusznie zauważa główna bohaterka odcinka, nie da się zmienić sposobu myślenia danego narodu w ciągu jednej nocy. Ale należy edukować i małymi krokami pokazywać, że można i TRZEBA inaczej.

To ostatnie odnosi się w zasadzie to wszystkich negatywnych zjawisk współczesnego świata.
Mądra edukacja jest kluczem do naprawdę wielu zmian.

A jak już obejrzycie i ochłoniecie, to na deser pędem do Janiny, aby przeczytać jeden z jej wpisów. Ten najlepiej. Bo to nie jest tak, że tylko Fruzia i Fruzia. Odkąd mamy Rudolfa, człowiek jakoś szybciej mięknie na widok tych wszystkich psich mord. I tym bardziej mu przykro, kiedy pomyśli, że wiele z nich nie ma nikogo, kto by podrapał za uszkiem. A często nie ma nawet nic w misce.

Lećcie koniecznie, spłaczcie się jak i ja się spłakałam, a potem pomóżcie, proszę.

Bo ten tekst też za mną łazi i nie chce się odczepić.

Fruzia - odsłona druga i osiem dwunastych

- Fruziu, a gdzie jest tata? - pyta Babcia Mamuśka podczas rozmowy na skypie.
- Daddy work.
- A ty co robisz dzisiaj z mamą?
- A mummy a Rudolf, park.
(Czyżby indefinite article?)
To prawda, właśnie wróciliśmy ze spaceru.
- A grzeczna byłaś w przedszkolu? - kontynuuje Babcia.
- No - oświadcza dziecię i na dowód własnej prawdomówności przekonująco gestykuluje, wytyka język i prycha, blowing raspberries*.
W ten sposób pokazuje nam zawsze, na czym dokładnie polegało to jej nie-grzeczne bycie. A może nie-bycie grzeczną.
Kiedy zrobiła to po raz pierwszy, byłam zaskoczona, że po kilku godzinach od awantury pamiętała dokładnie, o co poszło, bo wtedy mogłabym przysiąc, że jak tylko otarła łzy rozpaczy, natychmiast zapomniała o całym incydencie. Ale nie. Pamiętała, wiedziała, dlaczego mummy była sad i opowiedziała nam o tym w swoim własnym języku polsko-angielsko-chińsko-migowym. Z jednej strony cudowne są te zalążki myślenia logicznego, a z drugiej...
- Mummy, ice - powiedziała któregoś dnia, stojąc przed otwartą na oścież zamrażarką. Zaglądała właśnie do drugiej szuflady, w której jeszcze kilka godzin temu chłodziły się dwa lody na patyku. Jednego zjadła ona.
- Nie ma - dodała, patrząc na mnie wymownie.
- No nie ma, nie ma - potwierdziłam. - Pewnie Rudolf ma z tym coś wspólnego.
Przez resztę dnia unikałam jego wzroku.

Dziadkowie uwielbiają jej kosmiczne opowieści, które najczęściej wymagają tłumacza i didaskaliów. Jak wtedy, kiedy Fruzia opowiadała o urodzinach Amelii. Przywlokła z nich czerwony balon, z którym uparła się spać i chociaż zastanawialiśmy się, jak długo jej nowy przyjaciel pożyje, zgodziliśmy się na kolejnego lokatora w jej - oraz nad ranem w naszym własnym - łóżku. Do pasji doprowadzało mnie usypianie Tasmana z balonem w objęciach, bo każdy jej ruch powodował irytujący dla uszu dźwięk tartej gumy. Trzy noce później, około szóstej nad ranem, czerwony z hukiem wyzionął ducha, a dla Fruzi przez kilka kolejnych dni było to wydarzenie sezonu.
- Baba, a bubble pop - oświadczyła do telefonu Babci Mamuśce jeszcze zanim ta pojawiła się na ekranie.
Bardzo była przejęta, więc pomiędzy baba-bubble-pop padło sporo anime-niemi-tomo-aba, czyli chińszczyzny stosowanej.
- Matka, tłumacz - zażądała jak zwykle Babcia.
Tym sposobem ona też uczy się angielskiego. A podczas następnej wirtualnej sesji sprawdza, czy Fruzia akceptuje jej akcent.
- Daddy work? - pyta niewinnie.
- Yeś - rzeczowo odpowiada Tasman.
Być może zamiast o emeryturze, Rodzicielka powinna pomyśleć o przebranżowieniu. Angielski komunikatywny już może spokojnie wrzucić do własnego CV.

Dużo śpiewa. (Fruzia, nie Mamuśka.) Zaczęła patriotycznie, od "Sto lat", które podsunęła jej sieć, żeby następnie płynnie przejść do "Happy Birthday". Mamy więc trochę niepewne "to tat, to tat", brzmiące prawie jak "tota tata" ("szczotka, pasta, ..."), na przemian z głośniejszym "hepi bebe tu-u", które z kolei pojawiło się nie wiadomo, panie, skąd. A jak nie wiadomo, to obwiniamy Różową. To się nawet łączy w jedną, logiczną całość, bo niedawno Tasman otrzymała pierwsze oficjalne zaproszenie, nie mające nic wspólnego z rodzicielskim zapleczem towarzyskim, na urodziny do Albiego.
- Pomyślałam, że skoro Fruzia tak bardzo lubi Albiego, to się ucieszy - wyjaśniła mama chłopca.
Albie i Sisi to mentorzy Tasmana. Wystarczy poinformować ją, że dziś idziemy do dzieci, a narządy artykulacji Fruzi automatycznie składają się do wymówienia imion tych dwojga. Sisi w samochodzie, Albie na parkingu, Sisi w progu placówki, Albie w progu sali. Na zmianę a czasem jednocześnie.
- To dość zabawne - powiedziała mi koleżanka z Różowej, kiedy śmiałam się z tej monotematyczności dziecięcia. - Bo z Albim ona właściwie w ogóle się nie bawi!
A my wcale nie byliśmy zdziwieni. Sisi przeszła właśnie do pre-school, Albie dołączy do niej za miesiąc. Starsze dzieci imponują Fruzi samym tylko faktem, że są starsze i więcej mogą. Tacy mali bogowie, którym Tasman usiłuje dorównać. I może stąd to "hepi bebe tu-u". Młoda ćwiczy, coby zabłysnąć w dojrzalszym gronie.
Przed snem repertuar nieco jej się zmienia. Na dwa głosy zastanawiamy się, co też powie tata, każda na swój sposób. Ja zachowuję się tak, jakbym startowała co najmniej do Idola, Fruzia eksperymentuje z wokalem. Do niej też, jak zawsze, należy ostatnie słowo.
- Co powie... - zaczynam refren.
- Dada - wtrąca cicho Fruzia.
Ja: Co powie...
F (głośniej): Daddy!
Ja: Co tata mi powie, co na to odpowie mi...
F (pieje): siiiiiiś!
Ja: Co powie...
F (szybko i krótko): Dada
Ja: Co powie...
F: (odmawia współpracy)
Ja: Czy znów się wykręci, czy dziecko zniechęci, on...
F (wrzeszczy): piiiiiiiii!!!

Poza tym reszta bez zmian. Ja do niej z czekoladą, ona do mnie, że chce "more chock, piś". Ja proszę, żeby powiedziała jabłko, ona mi na to, że przecież to "apple", a gruszka to nie gruszka, tylko "pear".
- A gdzie jest mrówka?
Pokazuje. I natychmiast mnie poprawia:
- Ant.
 I weź już, mamo, się nie wygłupiaj, tylko daj mi "bunny". Banana, jak by się ktoś pogubił.
Dobrze, że czasem oznajmi, że chce jej się pić i (s)pać, albo że dzik jest dziki, bo jeszcze chwila, a byłabym skłonna puszczać w świat własnoręcznie ukute rewolucyjne teorie na temat przyswajania pierwszego języka przez dzieci. I musiałabym oskarżyć Fostersów o manipulowanie Tasmanem w początkowych miesiącach jej życia.

Poranki z nią to nowy rodzaj interaktywnej gry dla całej rodziny. Do etapu mleka jest łagodna jak baranek, szczególnie że naprawdę przypomina baranka z tą burzą splątanych loków. Potem jest tylko gorzej.
- Fruziu, chodź, założymy skarpetki.
- No!
- Ależ tak, nie możesz pójść z gołymi stopami, jest zimno.
- No!
Tasman zwiewa na drugi koniec chaty, żeby tylko uniknąć kontaktu ze śmiertelną zarazą. Bez słowa idę za nią, podchodzę, aby założyć jej te przeklęte skarpety, Fruziak wyrywa się, machając wszystkimi kończynami na boki. (Każdego poranka. Każ-de-go.) 
- No! Daddy!
Wymieniamy się z Inżynierem spojrzeniami.
Daddy jest od skarpet, spinek i majtek z Peppą. Ale i on nie ma łatwo, bo to działa tylko wtedy, kiedy Fruzia nie chce, żebym zrobiła to ja. Więc jeśli ja nie spróbuję, to on też jest bez szans. Czujecie logikę, prawda? Mama natomiast robi kitki, pomaga włożyć spodnie i bluzkę. A także nosi Fruziakową torbę z przedszkola i zapina suwak, tak tylko na trzy milimetry, żeby Tasman sama mogła zapiąć resztę. Bo jak zapnę na cztery, to trzeba wszystko zaczynać od nowa i to przy zmarszczonych tasmańskich brwiach.
Fruzia ucieka też przed włożeniem butów, myciem zębów i czesaniem. Generalnie poranki są na nie. Inżynier mawia, że przynajmniej będziemy przyzwyczajeni i za naście lat, kiedy Tasmana trzeba będzie ściągać rano z łóżka dźwigiem, niewiele nas już zdziwi.

Za to wieczory są nasze. Z naciskiem na długie wieczory. Fruzia systematycznie odmawia spania w Różowej w porach uznawanych przez rodziców za przyzwoite, ale po powrocie do domu jest gotowa do drzemki już w progu Piątej, tak jak stoi, w butach i kurtce. Serio. Potrafi zasnąć na siedząco na kanapie, a jeśli spróbujesz ją obudzić... to masz powtórkę poranka. Pod koniec dnia, wypoczęta i zadowolona, uparcie usiłuje przekonać nas, że chodzenie spać między dwudziestą a dwudziestą pierwszą jest dla mięczaków. Nawet przykład Rudolfa, który chodzi spać z kurami, nie pomaga. Kiedy zbliża się pora wędrówki do sypialni, Fruzia raptem zaczyna być głoda, spragniona, chce wee wee, poo poo, chce czytać, sprzątać, oglądać z tatą mecz... Nic dziwnego, że po takim dniu pełnym wrażeń chrapie dosłownie jak Ojciec Dyrektor.

Ale gdzieś między tymi porankami i wieczorami, a nawet w ich trakcie, jest najfajniejszym stworzeniem, jakie tylko można sobie wyobrazić. Emocje wręcz z niej kipią, jak się złości, to na całego, kiedy się cieszy, to też słyszy ją całe osiedle. Przytula się do drzew, a czasem z rozpędu nawet do słupów telegraficznych. Wszystko, co małe lub młode, to dla niej baby. Kotek, kasztan, drzewko, które jest cienkie jak gałązka. Uwielbia łączyć się z dziadkami na skypie, fascynuje ją obraz kibiców na stadionie śpiewających hymn narodowy. Kiedy się boi, krótkim hand! domaga się naszych dłoni w swojej. Ostatnio przesiedziałyśmy tak w samochodzie kilka minut, dłoń w dłoni, kiedy wielkie buczące szczoty polerowały nam auto. Tylko dlatego się nie rozpłakała, choć buzię miała już w podkówkę. Całuje swoje lalki i Rudolfa na do widzenia, kiedy wychodzimy do przedszkola. Zbiera dla Rudego jeżyny i wszystko to, co da się urwać wśród chaszczy, choćby nawet jeżyn wcale nie przypominało. Wszystko dlatego, że złapała kiedyś sierściucha na podjadaniu ich prosto z krzaka. Próbuje rzucać mu patyki, ale jej starszy brat jest trochę zbyt nieokiełznany na takie zabawy, więc zwykle muszę ich godzić na spacerze. Włazi ludziom do ogródków, zupełnie jak on. Zawsze do tych samych i zawsze z miną łobuza, który wie, że psoci.

I jakimś niesamowitym zrządzeniem losu jest nasza.

To chyba jej najfajniejsza cecha.


* Uwielbiam to określenie. Szczególnie, że nie ma ono jednego krótkiego odpowiednika w języku polskim w wydaniu dziecięcym. 

Deja vu

Jadę na rozmowę kwalifikacyjną. Znowu.

(Jeszcze chwila a ten post przestanie być aktualny i będę musiała napisać nowy. O moich pierwszych trzydziestu rozmowach w sprawie pracy.)

Jadę i oczywiście cieszę się. Trochę to głupawa podszyta adrenaliną, jak słusznie zauważył Mąż Mój, dając mi buziaka i życząc powodzenia, bo przecież to jednak interview, a trochę zwyczajnie dobre samo- i prze-czucie, bo aż tak zestresowana nie jestem, no bez jaj, chyba do cholery dostanę tę robotę.
Przypomina mi się rozmowa sprzed niemalże roku. Pamiętam, że na pytanie o to, jak ewentualnie zamierzam poruszać się między kampusami, odpowiedziałam nonszalancko, że mam prawo jazdy, co prawda obecnie nie jeżdżę, ale zamierzam kupić samochód, więc nie ma problemu. Ha. Naprawdę nie wiem, skąd ja to wzięłam. Zabrzmiałam jednak tak przekonująco, że jeszcze chwila, a przekonałabym samą siebie. Tyle tylko, że nie do końca, bo kiedy Mikruska faktycznie stanęła przed Piątą Chatką tuż obok Blaszaka, byłam autentycznie przerażona myślą, w co się właśnie wpakowałam.

Wiozę więc samą siebie na tę rozmowę i próbuję się ogarnąć. Powinnam przećwiczyć moją naprędce sporządzoną prezentację, uruchomić ten swój tryb bije-ode-mnie-stonowana-pewność-siebie, ale coś mi nie idzie, bo kiedy tylko przestaję głupkować, załączają mi się w głowie obrazki z porannych zajęć. Mój Najambitniejszy, który po wykonaniu ćwiczenia potrafi zapytać 'jaki był cel tego zadania', dał się dziś ponieść dyskusji na temat różnych etapów w życiu i oświadczył tym swoim korporacyjnym tonem, że 'ten materiał jest naprawdę dobry' i że jest wdzięczny za linki do całego artykułu, bo 'zamierza zgłębić temat'. Z wrażenia niemalże wpadłam pod przyklejony do podłogi dywan. Po raz drugi tego dnia, bo chwilę wcześniej moja autochtonka wyskoczyła z pytaniem, czy jestem głową naszego departamentu. Nie wiem, na podstawie czego mogła wysnuć choćby cień takiego  wniosku, ale wiem, że prawie mnie nim zabiła, choć myślę, że mogło mieć to coś wspólnego z liczbą papierów, w których tonie moja klasa ilekroć pobędę w niej dłużej niż dziesięć minut. Powszechnie wiadomo przecież, że im większą głową jesteś, tym więcej drzew niszczysz. Jak się okazuję, ja nie muszę być żadną głową, żeby doprowadzać planetę do zagłady, nad czym szczerze ostatnio ubolewam.

Docieram wreszcie do koledżu. Jak zwykle przed czasem, to silniejsze ode mnie. Wędruję prosto do pokoju obsługi, gdzie bardzo przyjemny pan od wszystkiego wręcza mi klucz do gabloty, na który czekałam ponad miesiąc. To jest dobry dzień, myślę. To jest bardzo dobry dzień.
Choć to zależy od punktu widzenia, bo w bibliotece, gdzie kseruję materiały na wieczorne zajęcia, jeden z uczniów dostaje ataku epilepsji. Opiekująca się nim nauczycielka reaguje sprawnie i profesjonalnie, ale ręce jej się trzęsą jak zawodowemu pijakowi. Pytam, jak mogę pomóc, prosi tylko o podłożenie chłopakowi kurtki pod głowę, zostaję z nimi jeszcze parę chwil do przyjścia kogoś z pierwszej pomocy, trochę gadamy do chłopaka, który powoli dochodzi do siebie i koniecznie chce wstać, zawstydzony sytuacją. Leż, śmieję się do niego, odpocznij sobie trochę, póki masz okazję.

Siadam w recepcji. Poprzednio czekałam na mój panel kwalifikacyjny w kampusie A, teraz jestem w B i to dość dziwne uczucie siedzieć tu i po prostu czekać aż moi przełożeni zaproszą mnie na rozmowę. Jestem tu codziennie, każdego poranka w drodze na drugie piętro macham do recepcjonistek i pędzę prosto do swojej klasy, a dziś każą mi siedzieć i czekać, bo nawet nie wiem, do której sali się udać, no świat się kończy.
Przychodzi po mnie Tan. Rok temu zaczynałyśmy razem, wygląda na to, że teraz też zaczniemy. W tej samej pracy, na nowych zasadach. Jeśli oczywiście dostaniemy tę robotę. Tan mówi, że wałkowali ją godzinę, teraz czekają na mnie. Prowadzi mnie do pokoju konferencyjnego, przez szklane drzwi widzę moich przełożonych, o matko, myślę, serio będziemy rozmawiać na serio? To Tan przekonywała mnie jeszcze tego samego poranka, że te rozmowy to formalność, jesteśmy dwie, stanowiska są dwa, no nie ma innej opcji, chcą nas, tylko trzeba dopełnić formalności. Teraz Tan wygląda jak ktoś, kto jest potwornie zmęczony i doprawdy sam nie uwierzyłby sobie drugi raz na słowo.

Pytają mnie, dlaczego powinnam dostać tę pracę. Zaczynam się śmiać. Odpowiedź jest tylko jedna. Lubię tę robotę, a wy chyba szukacie ludzi, którzy lubią swoją pracę, prawda? Tak, prawda, ale pogadajmy o twoim doświadczeniu z ostatnich miesięcy. Czego się nauczyłam. Nad czym wciąż muszę popracować. Jak monitoruję postępy kursantów. Co robię z ewentualnymi absencjami. Szkolenia. Trudne przypadki. Jak formułuję indywidualne cele dla studentów. Zaczynamy dyskutować, bo dlaczego właśnie tak, a nie inaczej, bronię swojego stanowiska i chyba udaje mi się przekonać początkowo nieprzekonaną szefową. Prezentuję przygotowane materiały z lekcji. Gadam, gadam, pytam. Po czterdziestu pięciu minutach wypuszczają mnie, proszą, żebym dołączyła do Tan i poczekała na werdykt.

Kilka minut później stoimy w czwórkę w sali, którą traktujemy z Tan jak nasze wspólne biuro, czując się jak na planie The Great British Bake-Off lub innego Master Chefa. Pytanie, kto odpadnie. Zamiast tego, szefowa śmieje się i mówi, że wita nas w gronie zatrudnionych na stałe lektorów koledżu.

Dostałam pracę, ludzie. Tą samą, co rok temu. 

O tym, kto się przejmuje i dlaczego dzisiaj to nie jestem ja

Jeszcze zanim pojawiła się na zajęciach, wzbudziła moją ciekawość. Bo gdyby odwrócić sytuację i to ja miałabym pomagać na lekcjach polskiego dla obcokrajowców, wybrałabym grupę dla początkujących. Zwykła logika podpowiedziałaby mi, że to tam mogę być najbardziej potrzebna. A tymczasem ona nie. Tak się broniła przed żółtodziobami, że jeszcze na etapie wymiany maili zaczęłam podejrzewać ją o nietutejsze korzenie.

Nie przyszło mi do głowy, że ona po prostu chce ogarnąć język. Swój własny.

Uczę więc ambitnych zaawansowanych, dla których Kraina Deszczu to albo chwilowa przygoda, albo związek na resztę życia, oraz ją - autochtonkę, kobietę, która po przekroczeniu kolejnej dziesiątki życia wymyśliła sobie nauczanie, ale żeby robić to przyzwoicie, najpierw sama musi się nauczyć, co to w ogóle ten past perfect i jak wytłumaczyć go innym. Życie pełne jest paradoksów, a to właśnie jeden z nich. Dokładnie ten sam, co kilka lat temu, kiedy tłumaczyłam Finowi zawiłości polskiej odmiany przez przypadki.

Kontakt z drugim człowiekiem pozwala mi spojrzeć na samą siebie z dystansu. Szczególnie w życiu zawodowym. Bo nie, nie wszyscy tak mają, że się przejmują - błędami, tym, jak zabrzmieli, czy nie byli zbyt lub za mało jacyś. Są tacy, co płyną, pędzą, na łeb, na szyję, na złamanie karku i nawet chwili nie poświęcą refleksji, czy to, co powiedzieli w szesnastej minuście i czwartej sekundzie lekcji, to właściwie po angielsku było, czy może w fatalnej kalce z ojczystego. Bardzo im tego zazdroszczę. Tego szczerego, wypisanego na czole who cares?

Ale te rzadkie chwile olśnienia wynagradzają mi te wszystkie momenty zwątpień, te godziny spędzone nad grubym zeszytem w paski i słownikiem Cambridge. Te chwile, kiedy nowa, podnosząc długopis znad gęsto zapisanej kartki w jej własnym notesie, mówi mi po zajęciach:
- Masz niesamowitą umiejętność dawania jasnego i czytelnego przekazu. Mogłabyś trenować przyszłych nauczycieli na kursach Celty.

Doskonale wiem, że nie mogłabym. A przynajmniej jeszcze nie.

Ale fajnie jest czasem wsiąść we własne auto, zawieźć samą siebie do domu, bo przecież dziś potrafię, a jeszcze rok temu nic na to nie wskazywało, a po drodze puścić do siebie oko, bo właśnie dziś po tej trudnej lekcji, na której ambitni zaawansowani bez uprzedzenia zagrali ze mną w Sto Pytań Do,  popatrzyłam na zawodową wersję siebie z dystansu.

I to był całkiem przyjemny widok.

O tym, że być może to naprawdę koniec

Ojciec Dyrektor postanowił, że to koniec. A ja, niczym Przyszywany Brat, który na wieść o mym zamążpójściu oświadczył, że uwierzy, jak zobaczy, wciąż się z niego podśmiewuję. Nie tylko z niego zresztą, wszak wszystkim wiadomo, że to Mamuśka celuje w tych wszystkich "mam dość, to już naprawdę koniec!" Jedno i drugie od lat tylko się odgraża, a potem każdego ranka z pokorą wydeptuje te same szlaki.

W tę ich emeryturę to ja uwierzę, jak w końcu zobaczę.

Choć przyznaję, że coś wisi w powietrzu. Mamuśka i Ojczulo znaleźli wreszcie nowe lokum, Rodzinny Drapacz Chmur przez najbliższych kilka lat będzie czekał na moment, aż po latach rozłąki z Kocurem znów staniemy się sąsiadkami (o ile to Kocur do tego czasu nie zwieje z Town), a Ojciec Nasz jest aktualnie na etapie wyszukiwania sobie zajęć alternatywnych. Hobby czyli. Na tę rzekomą emeryturę. Bo znów wszystkim wiadomo, że co jak to, ale Ojciec Dyrektor na tej emerytce COŚ robić MUSI. Bo inaczej się udusi. Ewentualnie Mamuśka udusi jego. I dramat rodzinny gotowy. Wszyscy więc zadręczają Ojca jednym pytaniem.

ALE CO TY BĘDZIESZ NA TEJ EMERYTURZE ROBIŁ??

Zauważcie, że nikt nie pyta o to Mamę. Nikt. Mamuśka zawsze coś robi, nawet jak nic nie robi, więc może pierwszego września przez chwilę będzie zdziwiona, że nikt nie oczekuje jej sprawozdań na radzie pedagogicznej, ale potem rzuci się w wir robienia wszystkiego innego i to ją pochłonie bez reszty. Natomiast Ojczulo?

- No właśnie pracuję nad tym - zwierzył nam się niedawno Dyrektor.
(Czujecie tę prześmiewczość losu? Pracuje nad tym, co będzie robił jak przestanie pracować!)
I rapem bardzo się ożywił.
- Bo ja to bym chciał sobie na część etatu popracować w banku. Nie wziąłbym od nich dużo, tyle tylko, żeby trochę zarobić, ważne, że mógłbym sobie siedzieć i przekładać bankoty, wiecie, ja bym je sobie rachował, układał, tulił, głaskał... Jak w raju!

(Prawda, że każdy z Was tak właśnie wyobraża sobie niebo?)

Nawet Mąż Mój, który dotąd przysłuchiwał się majakom teścia w milczeniu, dał się porwać tej wizji.
- To wiesz co? To ty lepiej przyjedź do nas, zorganizujemy ci jakiś wolontariat w banku, kasy z tego może nie będzie, ale za to funty będziesz sobie układał w równe stosiki! Funty, nie jakiś tam złotówki!
Ojcu Memu aż się oczy zaświeciły ze wzruszenia.

Dlatego myślę, że trzeba będzie mu sprawić dobry prezent na tę przyszłoroczną, nową drogę życia, o ile Dyrektor faktycznie zdecyduje się na nią wkroczyć. Jakiś "Monopol" albo zestaw małego bankiera w rozmiarze XXL.

Bo jeśli Ojciec pozostanie z niczym, to wówczas wszyscy będziemy w poważnych kłopotach.

O tym, co skomplikowane

Mąż Mój pochodzi z katolickiej, bardzo wierzącej, praktykującej, a jednocześnie normalnej (to ważne) rodziny.  Jak nietrudno się domyślić, Drudzy Rodzice zaszczepili wiarę w Boga oraz szacunek do Kościoła swoim dzieciom. Wielka Szwagierka śpiewała w kościelnym chórze, a przynajmniej tak mi się wydaje, a mini Inżynier przez 10 lat posługiwał przy ołtarzu jako ministrant, od czasu do czasu podpijając mszalne wino ze swymi religijnymi współbraćmi. I szczerze wierzył w Pismo, upatrując w Kościele źródła życiowej mądrości.

Pamiętam nasze pierwsze wspólne Boże Ciało - nocowaliśmy u Chemików, poszliśmy spać w godzinach porannych, a o nieludzkiej porze, w okolicach ósmej ej em, Mąż Mój stwierdził, że idzie na mszę. Na mszę ORAZ na procesję. Na ciężkim kacu. Ja, pochodząca z bardzo mieszanej pod względem pobożności rodziny, byłam wówczas bardzo niesprecyzowana w kwestii własnej wiary i stosunku do Kościoła. Zakładam, że gdyby tylko istniała taka opcja, ustawiłabym sobie na fejsbuku status "związek z Kościołem: to skomplikowane". Myślę zresztą, że do dziś byłby on aktualny. Anyway, poszłam z nim wtedy na tę procesję, ale do dziś się śmiejemy, że od tamtego momentu to ja systematycznie sprowadzałam go na złą drogę, a nie on mnie na dobrą.

Bo wiele się zmieniło od tamtego czasu. Tak wiele, że Mąż Mój, tak oddany ministrant i parafianin, obecnie ma problem nawet z tym, aby pójść do kościoła w Święta. Role trochę się odwróciły. To ja - ta sama, która sprowadziła go na złą drogę - zwykle namawiam go na wizyty w świątyni Bożej dwa razy w roku. (Na Boga i Karmę, to faktycznie JEST skomplikowane!) Inżynier wciąż powtarza, że wierzy w Coś lub Kogoś Kto Nakręca Ten Świat, że wie, iż Kościół robi dla potrzebujących wiele dobrego, ale jednocześnie nie może patrzeć na te wszystkie praktyki, rytuały, ceremonie, kadzidła, konieczność spowiedzi... Brr! Nie wspominając o mieszaniu się Kościoła do polityki.
- Niedobrze mi się robi, kiedy patrzę na hipokryzję kościelnych głów - mawia.

Nic jednak nie oddaje lepiej jego aktualnego podejścia do Kościoła Katolickiego, głównie polskiego, niż jego sierpniowy komentarz do rzeczywistości.

Weszłam do pokoju i zastałam go stojącego przed telewizorem, plecami do mnie. Oglądał coś na Polsacie, całkowicie skupiony na tym, co przed nim, więc nie miał pojęcia, że stoję tuż za nim. Chciałam go o coś spytać, ale nie zdążyłam, bo naraz usłyszałam jak mamrocze do siebie półgłosem:

- Boszeeee...Święto Przemienienia! Wy się sami, kurwa, przemieńcie!