'Oh', powiedziałaby Fruzia

Powroty do rzeczywistości bywają boleśnie nieznośne.

Obudziłam się z myślą, że zacznę ten tydzień pozytywnie. Po niespokojnej nocy Fruzi, która kilka razy budziła się i popłakiwała przez sen, to był nie lada wyczyn, ale do ósmej nawet się udawało. A potem był już Blue Monday i kolejno następowały małe kataklizmy.

Blaszak Drugi nie odpalił. Postanowiłam jechać do pracy autobusem. W połowie drogi do Fruziakowego przedszkola uzmysłowiłam sobie, że nie mam gotówki na bilet. Najbliższy bankomat jakieś 25 minut drogi od domu. Przed drzwiami pre-school Fruzia uderzyła w tak żałosny płacz, jakiego jeszcze u niej nie słyszałam, z trudem odkleiłam ją od swojego ramienia. Całą drogę do bankomatu ryczałam. I jeszcze zaczęło padać, a ja - zgadnijcie! - nie miałam parasola. Kiedy już czekałam na autobus, zadzwonił Mąż Mój Wspaniały z informacją, że jedzie mnie ratować i mam nie wsiadać do autobusu. Okazało się, że Blaszakowi padł akumulator, który Inżynier postawił szybko na nogi, ale tak się bałam, że znów padnie, że całą drogę do pracy dosłownie dygotałam. Jeszcze chwila, a nie zatrzymałabym się na czerwonym z obawy, że jak się zatrzymam, to tak już zostanę! W pracy trochę się ogarnęłam i już myślałam, że teraz będzie tylko lepiej, kiedy zadzwoniono z Różowej, że Fruziak ma rozwolnienie...

Do środy włącznie ban na przedszkole.

Pozytywną stroną tego dnia, który jeszcze przecież się nie skończył!, jest fakt, że udało mi się zorganizować opiekę dla Tasmana na najbliższe dwa dni.

Oraz że - serio, moje włosy nie mogą już gorzej wyglądać, więc przynajmniej mogę zacząć odbijać się od dna.

U Was, mam nadzieję, lepiej?

O tym, że jednak nie bardzo

Po raz pierwszy w życiu oznajmiła, że kogoś nie lubi.

Konkretnie - Wendy.

A tak nam dobrze szło.

Od grudnia molestowała staff o wizyty w starszakach, na pytanie 'kto chce pobawić się dzisiaj w pre-school?' Tasman pierwsza wyrywała się z tym swoim 'me, me, ME!', potem wracała do domu szczęśliwa, dumna i blada z wrażenia, a następnego dnia rano znów przyklejała nos do pre-schoolowej szyby, zupełnie jakby za tą właśnie szybą zaczynała się kraina wiecznej szczęśliwości. Wendy, głównodowodząca w starszakach, twierdziła, że Fruziak zintegrowała się z grupą błyskawicznie i zupełnie nie martwi się o jej adaptację. Och, jakaż ja byłam szczęśliwa!

Pewnego jednak dnia Fruzia postanowiła się wkurzyć i zrobiła w sali scenę. Wiecie, taką z cyklu 'bo-ma-być-tak-jak-ja-chcę-buuu!' Szybko otrzepała pióra i wróciła do zabawy, coś jednak rypnęło na linii pre-school kontra Fruzia i do tej pory nie możemy tego posklejać. Owszem, nie było dramatu i Fruziak dalej wizytowała salę obok, jej zaangażowanie w sprawę słabło jednak z każdym dniem, a wczoraj, przedostatniego oficjalnego dnia w toddlerach odnieśliśmy klęskę, bo Fruziak, zrozpaczona, że musi wysłuchać monologu Wendy o wdzięcznym tytule 'Dobre Maniery Trzylatków', zapragnęła wrócić do mamy.

Czujecie powagę sytuacji?

Odkąd Fruzia rozpoczęła edukację placówkową, potrzebowała mamy tylko raz. Pierwszego dnia. Przez dokładnie 3 minuty.

Nic więc dziwnego, że sami powoli zaczynamy się czuć tak, jakbyśmy za chwilę mieli rozpoczynać życie przedszkolne w miejscu, za którym nie przepadamy. I oczywiście próbujemy przekonać Fruzię, że starszaki fajne są, do tego hałasu to się w końcu przyzwyczai (ja się raczej odzwyczaiłam), a i w temacie dobrych manier trochę się podszkoli, wszak w domu wiadomo jak jest. RÓŻNIE. Fruzia na to wszystko ma jedną odpowiedź:
- No.
No jak noł, nie jak w kujawskiej gwarze 'no jo!'
Krótkie, twarde i zdecydowane no.
- Fajnie było dziś w pre-school?
- No.
- Hmm... to może jutro będzie lepiej. Chciałabyś jutro tam pójść?
- NO!
(Powoli wyczerpują mi się pomysły na podtrzymanie konwersacji.)
- Wendy na pewno wymyśli jakąś fajną zabawę.
- No! Don't like Wendy!

Ups.
(Po cichu komentujemy z Inżynierem, że pierwszy raz wyartykułowała takie zdanie. Pal licho, że nie lubi Wendy, Tasman buduje zdania! Sami rozumiecie. *)

- A Viki lubisz?
Viki to jedna z opiekunek.
- No.
Zmieniam taktykę:
- To kogo ty tam lubisz? Jest ktoś taki?
Fruzia rozpromienia się.
- Yeś, Grace.
Jedna z jej przyjaciółek.

Czyli jednak nie popadła w całkowitą negację wszystkich i wszystkiego. To po prostu opiekunki nie pasują Tasmanowi! Naszemu słodkiemu, uroczemu i grzecznemu bobaskowi! Wredne babska, coś trzeba z nimi zrobić. Jakieś zażalenie, skarga, albo lepiej od razu podać do sądu za jawną próbę wyprania mózgu naszemu dziecku.

Phi! Dobre maniery, też mi coś!

* Ja Was na serio kocham, bo wiem, że naprawdę rozumiecie.  :-) :-*

O dziecku przesiąkniętym nie tylko deszczem

Bawimy się klockami. Postawiłyśmy dziwaczną budowlę, która w realnym świecie nie miałaby racji bytu, gdyż co chwilę nam się obala. Nic to jednak, gdyż dla Fruzi najważniejszy jest mieszkaniec owego drapacza chmur, Snake. Wciąż powtarzam Fruziakowi, że tak naprawdę to baby dinozaur, a nie żaden tam wąż, ale ona oczywiście wie lepiej. Snake opala się właśnie na dachu wieżowca, kiedy nagle...
- Raining, raining! - krzyczy dramatycznie Fruzia i natychmiast wdraża procedury ewakuacyjne stosowane w nagłych przypadkach klęsk żywiołowych, takich jak trzęsienie ziemi, huragan, czy też deszcz. Akcja ratunkowa przebiega szybko i sprawnie - Fruzia zrzuca Snake'a do środka budowli, tak na oko z dziesiątego piętra. Kiedy Snake ląduje na parterze, słychać tylko głuchy łoskot plastikowego ciała obijającego się o klockowy schodek.

Jestem załamana. Co z tego dziecka wyrośnie? Nie mam słów.

- Fruziu - mówię tylko przyciszonym głosem. - Pada. Deszcz pada. Pa-da. Powtórz proszę.

- Pada raining - powtarza grzecznie Fruziak.

O nowej etykiecie

Pojechaliśmy na to spotkanie bez nastawiania się na cokolwiek. Głównie dlatego, że zbyt wiele niewiadomych nad nami wisiało, kilka odmów na tym polu mamy już za sobą, a przy tym zwyczajnie nie było czasu na przewidywania i snucie scenariuszy. W międzyczasie oglądaliśmy co prawda jeden potencjalny dom, zdolny pomieścić naszą czwórkę plus Drugiego oraz zadowolić opiekę społeczną, i nawet nas tam chcieli, ale ostatecznie to my nie chcieliśmy mieszkać w sąsiedztwie chlewu. W sensie dosłownym. Pomyśleliśmy bowiem, że głupio byłoby narażać biedne prosiaki na towarzystwo Rudolfa w każdej dogodnej dla niego chwili (naszej nieuwagi), a i młodociana fanka Peppy Pig mogłaby tego nie unieść. Prawdą jest też, że pod koniec zeszłego roku snułam śmiałe plany porwania serc adopcyjnego teamu za pomocą wzruszającego podania o dziecko numer dwa, ale plany jak to plany, upadły szybciej niż powstały, bo team uparcie ignorował moje prośby o stosowne arkusiki do wypełnienia. I to byłoby na tyle w kwestii snucia wizji roku z fajerwerkami. Bo ta informacja o dniu otwartym dla kandydatów na adoptersów na stronie agencji, przez którą Liz i Paolo znaleźli swojego Superhero, wyskoczyła mi na ekranie sama. Przysięgam! Tak sama z siebie, samiutka.
- Zapisałam nas na open day w Dużym Mieście - oznajmiłam Inżynierowi, kiedy ten wrócił z pracy.
Po czym rzuciliśmy się w wir przygotowań do Świąt, niespecjalnie zastanawiając się, czy taki open day w naszym przypadku ma jakikolwiek sens.

Tak to u nas działa. Możemy czekać, już coraz lepiej nam to wychodzi, ale dobrze jest znać kres tego czekania. Działania i terminy to w pewnych dziedzinach życia nasi najlepsi sprzymierzeńcy.

Było totalnie inaczej niż tamtego czerwcowego dnia. Wtedy, prawie pięć lat temu, zupełnie nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Zżerała nas ciekawość, ale i stres połączony z mnóstwem wątpliwości. Czy się nie wygłupimy, czy zrozumiemy, czy nas zrozumieją, czy nie wyjdziemy na impertynentów, którzy ledwie co przekroczyli granicę, okupują ciasną Cegiełkę, a wymyślili sobie dziecko, najchętniej podane do kochania na tacy, tu i teraz. Pamiętam, że siedzieliśmy na niewygodnych krzesłach, rozglądaliśmy się niepewnie, wciąż coś do siebie szeptaliśmy i chichocząc w polskim narzeczu (to ze stresu), słuchaliśmy prezentacji Isuppose, który półtora roku później, tuż po tym jak  Matching Panel uznał nas za najlepszy match z Fruzią, wyznał nam ze śmiechem, że w duchu sądził, że na to nasze choć trochę zgodne kulturowo dziecko to my sobie poczekamy dobrą chwilę, oj poczekamy. - To jeden z najbardziej niezwykłych przypadków, jaki nam się tu zdarzył od wielu lat - dodał, mając na myśli zbieżność okoliczności, które doprowadziły nas do Fruzi.
Teraz było inaczej. Nie było czasu na stres, a i nasze doświadczenia adopcyjne pozwoliły nam podejść do sprawy bez zbędnego zadręczania się tym, co jeśli. Nawet kosmiczny korek na drodze do Dużego Miasta i potworne spóźnienie nie wytrąciły nas z równowagi. W końcu to nie punkcja, prawda? ;-) Adrenalina wystrzeliła dopiero w chwili, kiedy znaleźliśmy się w sali pełnej - dosłownie - potencjalnych adoptersów i pracowników socjalnych. Przez chwilę nikt nie zwrócił na nas uwagi, wszyscy pogrążeni byli w półgłośnych rozmowach, w parach, trójkach, grupkach. Ta atmosfera... Musielibyśmy tam być. W powietrzu wisiały kilogramy nadziei. Można by ją kroić tasakiem i rozdawać po trochu tym, którzy gdzieś ją zgubili.
Dotarliśmy akurat na koniec tych rozmów i początek prezentacji.
- Mam na imię Andi i opowiem wam teraz o tym, jakie dzieci na was czekają.
Coś mi kliknęło w szarej strefie umysłu.
- Twarzy nie znam zupełnie, ale to imię... To chyba opiekunka Liz i Paolo - wyszeptałam do Inżyniera.
Jako jedyni siedzieliśmy na podłodze, sącząc kawę. Przynajmniej pięć razy zapytano nas, czy aby na pewno nam wygodnie. Pomimo tego, że wystroiłam się w pracowe obcasy, a na tyłku miałam spodnie z zepsutym zamkiem, przez co wciąż zastanawiałam się, czy bluzka porządnie go zasłania, to w życiu nie było mi wygodniej.
- To jak przygotowanie do tego, co was czeka z dzieckiem - mrugnęła do nas jedna z uczestniczek spotkania, sugerując, że i my i ona powinniśmy zacząć się przyzwyczajać. Nie sprostowałam, że ten dywan mamy na porządku dziennym już od kilku lat. Doskonale pamiętaliśmy, jak dziwnie nie na miejscu brzmiały komentarze jednej pary w naszej adopcyjnej grupie z Ery Przed Fruzią, która od pierwszego dnia szkolenia nad wyraz często opowiadała o swoich doświadczeniach z biologicznym dzieckiem. Niby nie robili nic niewłaściwego, ale w sali pełnej ludzi z poplątanymi historiami poronień, strat i nieudanych procedur in vitro, czekających na swoje pierwsze wymarzone dziecko, nieswojo się tego słuchało. Nie zamierzaliśmy popełniać tego błędu.
Kawę na ławę wyłożyliśmy dopiero w rozmowie z Jane. Wspominałam o Fruzi w mailu potwierdzającym naszą obecność na spotkaniu, ale w odpowiedzi nikt do faktu istnienia Tasmana nie nawiązał. Nikt też jednak nie napisał, że lepiej poczekać, bo więzi, bo różnica wieku, bo... Postanowiliśmy więc kuć żelazo, póki gorące.
- Naprawdę jesteśmy gotowi, ona i my, trudno przewidzieć, jak to będzie, kiedy faktycznie się zdarzy, ale czujemy, że to jest dobry moment.
(Mówią, że nie ma idealnego momentu na dziecko. W naszym przypadku każdy jest idealny.)
- Jesteśmy też gotowi na większe ryzyko. Mamy Fruzię, jesteśmy silniejsi, trochę znamy uczucie niepewności,  a przy tym wiemy, że drugie dziecko musi być młodsze od Fruzi, co zrozumiale stawia nas na szarym końcu kolejki do ponownej adopcji, w związku z tym rozważamy Early Permanence*.

Spojrzałam na Inżyniera, choć wcale nie musiałam. W takich chwilach zawsze uderza mnie to, że oboje czujemy, co w tym momencie myśli to drugie. I żadna to mistyczna telepatia, urojone 'bo znam go lepiej niż siebie'; to po prostu setki przegadanych nocy. Wiem, bo byliśmy już razem prawie wszędzie, choć zawsze zostawiamy między sobą miejsce na powiew świeżego powietrza, kłótnię lub  margines na zaskoczenia. Tak jest dobrze, bo w ten sposób zawsze chce się wracać do domu, w którym ktoś czeka.

- Tak, jesteśmy zdecydowani pójść tą drogą - dodał on.
Jane patrzyła to na mnie, to na niego. Od czasu do czasu szybko nagryzmoliła coś w notatniku, który trzymała na kolanach.
- To dobrze, bo myślę, że na aktualnym etapie, kiedy wasza córka jest wciąż tak mała, to wasza jedyna opcja na rozpoczęcie procesu w najbliższym czasie. Na tradycyjną drogę musielibyście poczekać jeszcze przynajmniej dwa lata. Przynajmniej. Musicie też mieć świadomość, że to może być wyboista droga, więc jeśli macie jakieś pytania związane z Early Permanence, myślę że Jasmine będzie wam w stanie więcej na ten temat powiedzieć.
Chwilę później Jasmine dołączyła do naszej małej grupki. Mieliśmy w zasadzie dwa pytania. On - o statystykę.
- A wiesz, że statystyka zupełnie się nie sprawdza, kiedy ty jesteś w tym jednym pechowym procencie?
Wybuchnęliśmy śmiechem.
Ja błyskawicznie przeniosłam się myślami do kolejnego urlopu adopcyjnego. Na szczęście w tej kwestii Early Permanence nic nie zmienia.
Jane wręczyła nam formularz, który wypełniłam niemal w powietrzu.
- Świetnie, w przyszłym tygodniu odezwiemy się do was z prośbą o potwierdzenie waszej chęci rozpoczęcia procesu. Przedyskutujcie sobie wszystko raz jeszcze i wówczas ustalimy coś więcej.

Wstaliśmy od stolika. W ferworze dyskusji nie zauważyliśmy, że większość uczestników spotkania zdążyła się już rozejść. Skierowaliśmy swoje kroki ku wyjściu. Po drodze dołączyła do nas Andi, wcześniej prowadząca prezentację, żeby otworzyć nam zamknięte na klucz drzwi.
- A skąd wy właściwie jesteście? - zapytała.
Padła nazwa naszej wioski.
W odpowiedzi na twarzy Andi pojawił się szeroki uśmiech.
- A to dlatego wydawało mi się, że skądś was znam! Oczywiście z wesela Liz i Paolo! Jane, czy ty wiesz, kogo my tu mamy? Pamiętasz Superhero?
Świat naprawdę jest mały.
A kiedy Inżynier zniknął jeszcze na chwilę w łazience, Andi szepnęła mi w ucho rozbawiona:
- A najbardziej z tej imprezy pamiętam taniec twojego męża!

Czujecie to? Z całej imprezy pamięta właśnie to!

Nie czekali do przyszłego tygodnia. Następnego dnia dostałam maila z informacją, że chcą z nami współpracować. Możemy zacząć w drugiej połowie maja.

Wygląda na to, że za jakiś czas wrócę do pisania pod kluczem. Będzie mi niezmiernie miło, jeśli część z Was po raz kolejny zechce nam towarzyszyć. Tym razem w drodze do Drugiego.

(...)

Pięć lat temu kolejne cztery miesiące czekania byłyby dla nas potworną męką.

Dzisiaj zastanawiamy się, czy w ciągu tych kilkunastu tygodni zdołamy dokonać cudu przekształcenia Piątej Chatki w przestronne czteropokojowe mieszkanie... Bo że Rudolfa już nie wychowamy, to więcej niż pewne.

* wyjaśnię innym razem

O spotkaniu z przeszłością

Obstawiałam dwanaście, ale Współlokatorka uparcie twierdziła, że nie widziałyśmy się trzynaście lub czternaście lat. Żadna z nas nie pamięta, kiedy dokładnie ostatni raz piłyśmy razem to wino w 'Kurantach', ale udało nam się ustalić, że ja na pewno byłam po Tunezji, a jeszcze sporą chwilę przed Erą Inżyniera, stanęło więc na trzynastu. Trzynaście lat, w czasie których ona nie słyszała nic o mnie, a ja o niej. Zgubiłyśmy się i, proszę Szanownych Czytaczy, ani Straszna Klasa, na której dawno temu powstał post pod wdzięcznym tytułem "Wpółlokatorko, gdzie jesteś??!!", ani Facebook, który odmawiał zeznań, nie pomogły w poszukiwaniach. Cóż, mnie trudno było znaleźć kogoś, kto postanowił nawet małym palcem lewej stopy nie wstępować na zdradziecką drogę internetów, a jej, kiedy już uznała, że wypadałoby poinformować świat o tym, że jednak żyje, nie udało się odnaleźć połowy osób, których stare nazwiska wytrwale wystukiwała na klawiaturze. Drugiej połowy nie mogła sobie przypomnieć, wszak do już czter... trzy... no, rok więcej za kolejnym zakrętem, a Mamuśka powtarzała, że we współczesnej cywilizacji SKS dopada człowieka szybciej i zdecydowanie gwałtowniej.

Aż tu nagle bęc, znalazłam ją! Kliknęłam w jakieś znajomo brzmiące nazwisko, potem w drugie, może nawet i w trzecie, i zanim zdążyłam wypuścić powietrze przetrzymywane w płucach trochę za długo z tego wrażenia, już umawiałyśmy się na spotkanie. Spotkanie w Krainie Deszczu, bo jak to w życiu czasem bywa, okazało się, że obie wyemigrowałyśmy do tego padołu łez. Ona zdecydowanie wcześniej, i wcale nie mam jej za miedzą, no ale na Boga i Karmę, raptem znalazłyśmy się w odległości, którą nawet w samotności jestem w stanie pokonać komunikacją publiczną. Pal sześć, że potrzeba mi było do tego jednego autobusu i trzech pociągów - pojechałam, bo zew młodości (a ten odezwał się szczególnie u Współlokatorki) wzywał do nadrobienia straconego czasu. A i zwykła przyzwoitość nakazywała, aby wreszcie, po niemal trzech lata od zapępowienia, przypomnieć sobie, jak to jest wyruszyć samotnie gdzieś dalej niż do Kampusu.

Wnioski z tej wyprawy to prawdy stare jak świat. Coehlo by się uśmiał.

(...)
Człowiek szybko się przyzwyczaja. Nawet do tego, że jest kierowcą, choć czekał na to do czwartej dekady życia. Kiedy wsiadłam do autobusu, czegoś wyraźnie mi brakowało. Po chwili zorientowałam się, że pasa bezpieczeństwa i  kierownicy w dłoniach.

(...)
Człowiek szybko zapomina. Nawet to, a może szczególnie to, jakie to uczucie nic nie musieć. W sensie - naprawdę nic. A jeszcze dokładniej - że przez cztery godziny nie musi nic, a może po prostu pić kawę. Albo i nie. Może spać. Czytać. Albo łazić bezkarnie po blogowisku. Przez 4 godziny!

Przez pierwszą godzinę podróży nie umiałam się w tym odnaleźć.

(...)
Relacje z pewnymi ludźmi nie zmieniają się pomimo braku kontaktu przez dziesięć, trzynaście, a pewnie i nawet dwadzieścia lat. Mimo że po drodze miłości, depresje, mężowie, dzieci i inny kawałek świata, wy wciąż tak naprawdę nadajecie na tej samych falach. Choć przecież ty to już nie tamta ty, a ona to inna ona, to jednak jest tak, jakby wróciły czasy wspólnej bursy. Czasy podłych zupek chińskich, nadmuchanych bułek i niechodzenia na piątkowe wykłady. Może to dlatego właśnie. W takich warunkach ludzie poznają się od podszewki.

(...)
Za to powłoka ziemska zaczyna stawiać ograniczenia. Koń by się uśmiał, poczekaj aż będziesz w moim wieku, powiedziałaby zapewne Mamuśka. Ale nie jestem pewna, czy ona kiedykolwiek porównywała pojemność alkoholową swojej głowy w wieku dwudziestu, trzydziestu i trzydziestu pięć plus. Bo my porównałyśmy. Niestety, na niekorzyść tej aktualnej liczby wiosen na karku.

(...)
Inne rzeczy też się zmieniły. Na przykład to, że Współlokatorka już nie wkłada obcisłych jeansów na goły tyłek. A ja przeklinam obecnie więcej niż ona.

(...)
Nie wszyscy tęsknią za młodością. Ha. To znaczy my tęsknimy, a jakże, za beztroską. Ale żeby za sobą w młodszej młodości? Niekoniecznie. Tam przecież tyle stresu w tej beztrosce było!

(...)
Spotkanie po latach jest spotkaniem przeszłości z teraźniejszością. Jedną nogą jesteś tu, drugą tam. A ile można zobaczyć z tej perspektywy!

(...)
Są ludzie, dla których język nigdy nie będzie barierą w miłości. Na przykład Ojciec Dyrektor nigdy nie odmówiłby sobie piwa z tak błahego powodu jak niezrozumiała etykietka w języku afrykańskiego plemienia. Są też tacy, którzy w miłości muszą mieć stuprocentowe werbalno-mentalne porozumienie. Którzy muszą myśleć tym samym alfabetem.

Wiedziałam, że ja tak mam. Zaskoczyło mnie, że ona też.

Anglistki od siedemnastu boleści.

(...)
Manchester jest naprawdę ładny. W poprzednim i następnym życiu mogłabym w nim mieszkać. W obecnym nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić.

(...)
Nie cierpię dzwoniącego rano telefonu. Szczególnie jeśli to sobota, a ja poszłam spać zaledwie pięć godzin wcześniej. Ale nic w takich momentach nie rozbraja bardziej niż podekscytowany głosik piszczący do słuchawki "hello, mummy!"

(...)

To było trochę jak powrót do domu.

Pewnie dlatego Współlokatorka płakała przy pożegnaniu.

Jak to dobrze, że takie wyprawy kończą się... powrotem do domu.

Bajka o Smoczku

Dawno, dawno temu... Tak dawno, że aż nie możemy w to uwierzyć - a dokładniej 13 stycznia 2018 roku - Fruzia pojechała z Inżynierem na gimnastykę.

Ja w tym czasie zlokalizowałam wszystkie dyduchy, trzy najbardziej spracowane wywaliłam natychmiast do kosza, a pozostałe dwa schowałam wysoko, wysoko w szafce z mocnym postanowieniem, że to tak Na Naprawdę Ekstremalnie Ciężki Wypadek. Chyba jednak zostawialiśmy sobie jakiś margines błędu na wypadek utraty zmysłów przed końcem weekendu.

I wciąż nie miałam pojęcia, co stanie się w momencie, kiedy Fruziak zażąda smoka.

A tymczasem...

Wrócili z gimnastyki i Fruzia natychmiast, jak się tego spodziewałam, zapytała o swojego przyjaciela. Trochę była zmęczona, a trochę to taki jej zwyczaj po powrocie do domu. Skądkolwiek.
- Chodz, poszukamy, bo mama nie wie, gdzie jest - wyrecytowałam przygotowaną wcześniej kwestię.
(Po tej linijce scenariusz raptownie się urywał.)
Poszłyśmy. Najpierw do szafki w kuchni, przetrząsnąć kubki, w których zwykle czekają smoki. Potem sprawdziłyśmy w jej pokoju - pod łóżkiem, w szufladach, w pościeli. Wyobraźcie sobie, że nic nie znalazłyśmy! Była jeszcze wędrówka do łazienki i naszej sypialni. I nadal nic!
- Chyba się zgubił - bezradnie rozłożyłam ręce.
Fruzia była wyraźnie zaaferowana.
- Dummy? - pytała. - Where?
I wtedy mnie olśniło.
- Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że dummy już nie wróci. Pamiętam, że mówił mi kiedyś, że kiedy będziesz szła do pre-school, on pójdzie do małych bejbików, żeby im pomagać i pocieszać je, kiedy są smutne.
Cisza.

(Wstrzymaliśmy oddech.)

- Babies - stwierdziła Tasman.

I tyle.

Po kilku niezbyt dramatycznych pytaniach o smoczka, Fruzia wróciła do zabawy. W południe  popłakała przez chwilę przed snem, ale nie było w tym nic rozdzierającego. Wieczorem trzydzieści razy zapytała o dydulca, a ja za każdym razem jak mantrę powtarzałam, że dummy pomaga bejbikom. Dokładnie tak brzmi ten polsko-angielski zlepek słów, który tak naprawdę podyktowała nam Fruzia - dummy pomaga bejbikom. Obyło się bez łez. Tasmanowi bardzo spodobała się myśl, że jej przyjaciel De ma w sobie tyle empatii, aby szerzyć ją we wszystkich bejbikowniach tego świata. Widzieliśmy, że jest jej trudno, ale jednocześnie w jej głosie pobrzmiewała wyraźna nuta czułości i dumy - bo przecież jej DUMMY pomaga BEJBIKOM! (A ona niedługo idzie do PRE-SCHOOL, co nie?)

- Opowiedzieć ci bajkę o smoczku i Fruzi?
- Yeś.
- Ok...

Dawno, dawno temu, była sobie mała dziewczynka, która miała na imię Fruzia. Kiedy Fruzia się urodziła, musiała poczekać, aż przyjadą po nią rodzice i zabiorą ją do domu. I chociaż mama i tata pędzili najszybciej jak mogli, żeby zobaczyć się ze swoją wyczekaną córeczką, małej dziewczynce dłużyło się czekanie i trochę zrobiło się jej smutno. I wtedy pojawił się Dummy.
- Jeśli chcesz, to zostanę twoim przyjacielem.
Fruzia zgodziła się  i rzeczywiście - ona i Dummy zostali najlepszymi przyjaciółmi. Nawet kiedy malutka doczekała się uradowanych rodziców, nie chciała rozstawać się z nowym przyjacielem. Zabrała go więc do domu. I tak trwała ich przyjaźń. Fruzia spała z Dummy'm, zabierała go sobą na spacery i w podróże, bawiła się z nim... Potem poszła do przedszkola i w obawie przed zgubieniem przyjaciela, zostawiała go w domu. Zawsze jednak witała się z nim czule po powrocie.
Ale pewnego dnia... Pewnego dnia wróciła z tatą z gimnastyki i Dummy'ego nie było! Szukały z mamą wszędzie, wszędzie! I wtedy mama wyjaśniła jej, że to dlatego, że Fruzia niebawem będzie w pre-school, a Dummy pomaga tylko malutkim dzieciom... Fruzia przez chwilę była smutna, ale szybko zrozumiała, że Dummy jest potrzebny bejbikom - malutkim dzieciom, które płaczą, są smutne tak jak kiedyś ona, nie mogą spać, albo tęsknią za mamą i tatą w żłobku. I była bardzo, bardzo dzielna. Radziła sobie tak dobrze bez przyjaciela, że mama i tata kupili jej z tej okazji prezent...

Tamtego dnia Fruzia przespała spokojnie całą noc, raz tylko wyrywając nas ze snu okrzykiem 'dummy!' I z powrotem zasnęła szybciej, niż któreś z nas zdążyło zareagować.

A mnie, głupią matkę, wzruszenie rozrywało od środka.

Nasza mała duża dziewczynka.

Stało się.

Gdy jedni się stresują, inni (inne) korzystają z wolności

Bardzo byłam dziś przejęta, bardzo.

Rano musiałam jechać do Bardzo Dużego Miasta z zawrotną prędkością, choć Inżynier, jadący przede mną, prawdopodobnie przez całą drogą zastanawiał się, dlaczego tak się wlokę. Potem łzawo rozstałam się z osiemnastoletnią (z czego zdałam sobie sprawę dopiero przedwczoraj) Mikruską, zostawiając ją na łaskę i niełaskę obsługi Webuyanycar. Okazało się, że takich przypadków jak Mikruska nie mają tam za wiele, ale(luja) po wstępnych oględzinach stwierdzono, że M. jeszcze znajdzie jakiś dom. Trochę mi się wówczas lepiej zrobiło na duszy.

Ale tylko na chwilę, bo potem w planie była pierwsza jazda Blaszakiem Drugim i próba zaprzyjaźnienia się, wszak premiera jutro. Z tego wszystkiego wypiłam nieplanowaną kawę w marketowej kawiarni, w której to odkryłam, dlaczego tak dziwnie się czuję.

To wcale nie z nerwów.

Ja po prostu nie założyłam stanika, a pod bluzą wciąż miałam górę od piżamy.

Moje cycki też miały dziś dzień pełen wrażeń.


O tym, jak się nosić w styczniu

Połowa stycznia, środa. Rano wciąż jeszcze ciemno, ja, wciąż zaspana, próbuję nie potknąć się o Fruzine bobasy, które ich młoda mama zostawiła na podłodze poprzedniego wieczoru. Fruzia w tym czasie wylewa śniadaniowe mleko - na panele, na krzesło, a przede wszystkim na siebie - i ryczy, jakby odgrywała finałową scenę w tragedii greckiej. Rudolf się cieszy, bo może umyć jęzorem podłogę, a Inżynier o niczym nie wie, bo ma właśnie swoje przynależne każdemu szanującemu się rodzicowi pięć minut w łazience. Szczęściarz.

Zawsze gdzieś w środku każdego takiego poranka, jeszcze na długo przed wyjściem z Piątej, zastanawiam się, czy czegoś lub o czymś nie zapomniałam. No wiecie, o czymś tak spektakularnym jak moja koledżowa karta otwierająca wszystkie drzwi i uruchamiająca drukarki. Albo o kolczykach, bo bez kolczyków to tak trochę jak nago. Albo o stosie materiałów dla uczniów, bez których lekcja idzie się paść na łące. Odhaczam więc w głowie wszystkie punkty i dopiero wtedy ruszamy z Fruzią na podbój dnia.

A dziś to ja podbiłam swój dzień wzorowo.

W połowie zajęć jak zwykle zarządziłam przerwę. Zostawiłam w klasie tę część grupy, która nie rozpierzchła się po budynku na hasło 'przerwa', odwiedziłam drukarkę, coś tam pokserowałam, po czym zrelaksowana - wszak to środa, połowa drogi do weekendu - udałam się do łazienki. Weszłam, spojrzałam w lustro i padłam.

Ale tak dopiero po trzech, czterech sekundach.

Bo w pierwszej zauważyłam, że coś jest nie tak.
W drugiej uznałam, że nie tak mocno dotyczy mojej bluzki.
W trzeciej zlokalizowałam szwy na rękawach.
A w czwartej ogromną białą metkę na swoim prawym boku.

Założyłam bluzkę na lewą stronę, paradowałam w niej od rana po korytarzu, a najgorsze jest to, że przez tę metkę nie dało się tego pomylić z żadną inną ekstrawagancką wersją czarnego jak smoła wdzianka.

Cóż było robić. Przebrałam się i uśmiałam jak norka, bo w miniony poniedziałek, na szczęście po wyjściu z pracy, wchodząc do samochodu, podarłam spódnicę, robiąc w niej dziurę wielkości pięści. A potem wróciłam do klasy, bez słowa wskazałam na swoją bluzkę, a kiedy zobaczyłam, że moje Syryjki wiedzą, o co chodzi, wypaliłam z udawaną pretensją w głowie, że za takie numery następny test będzie oblany.
- Nie wiedziałyśmy, czy ci mówić, czy nie - rechotały.

W sumie też bym się zastanawiała, czy sprzedawać takiego newsa zbyt szybko ;-)

A najciekawsze jest to, że kiedy męska część grupy wróciła do klasy i usłyszała o mojej wpadce, okazało się, że oni nic nie zauważyli. Nic. Ani szwów wielkich jak czołg, ani jeszcze większej białej metki na czarnym materiale. Nic!

Faceci.

O tym, że przynajmniej spróbuję

Spróbuję tu być. Wpadać na chwilkę, na szybką kawę z Wami, zanim mój notatnik pęknie w szwach, a ja znów nie będę mogła nic napisać, bo przecież żeby opowiedzieć to, co chciałam, potrzebuję przynajmniej tygodnia na bezludnej wyspie. A jak dobrze wiemy - this is not going to happen.

Może więc to sposób na to, żeby wrócić naprawdę. Być tu często, choćby tylko na kilka zdań. Codzienność bardziej sprzyja pisaniu niż odświętność.

Jestem więc. I będę jutro. W końcu pozbieram te duże i mniejsze kawałki w jedną całość.

(...)

Czy wiecie, co zdarzyło się 16 stycznia rok temu?

Ha.

Wsiadłam do Mikruski i po raz pierwszy pojechałam sama do miasta położonego ponad 20 km od Piątej Chatki. Było potwornie ciemno, zimno, a kiedy wracałam, lało jak z cebra. Za chwilę Fruzia uroczyście zdejmie naklejki 'P' z twarzy i zadu Mikruski.

Po to tylko, żeby w weekend przylepić je na Blaszaka II. Otóż tak się złożyło, że wiek Mikruski nie pozwala jej na dalsze życie. Musimy ją uśpić. Serce mi krwawi oraz trzepocze z niepokoju, bo w przyszłym tygodniu będę na drodze dużo szersza i dłuższa.

Świat oszalał.